Archiwum kategorii ‘Rodział I’

Rozdział I – Warszawa Stadion

październik 19, 2008

Pierdolony, dziadowski mrok. Śmieszno i straszno ale gęsto jak w drugoklasowym przedziale dla palących. Robotnicy, górnicy, hutnicy i pan inteligent (w dupę jego mać). Głupio mi czasem, że myślę w tak pokraczny, durno – ludzki sposób ale głupie myśli mają swój początek w tym moim człowieczym przybiciu do ziemi (matki, Polki, Emilii Plater Noster czy jak ją tam zwał). Pisanie książki wydaje się rzeczą karkołomną, trudną, (ba!) niezwykłą. Generalnie należało by tu wstawić zwrot „a tam”, a po nim słowo „pierdolet”. Gówno prawda (ot olśnienie zapijaczonego ruskiego huzara). Wszystko rozbija się o początek i kontynuację. Chcesz napisać książkę? Siadaj i pisz. Chcesz być artystą – pisarzem? Zostań artystą – rzeźbiarzem (ew. kpiarzem – malarzem, bo jak Ci nie wyjdzie, to przynajmniej będzie się z czego pośmiać i rozbawisz kilka osób). No nie ma lekko, trzeba co nieco pozapierdalać z dłutem, tak żeby się w tej swej tzw. sztuce umęczyć (to taki pseudo mityczny wzór najszlachetniejszej ze sztuk, gdzie kunszt winien iść ramię w ramię z olśnieniem i wycieńczeniem). Też gówno prawda ale pisać trzeba (tu miejsce na uśmiech raczej niepełny).

No więc (starając się nie zaczynać w niewyuczony, niepoprawny sposób) Warszawa – temat chciałoby się rzec szlachetny, lecz jakże umęczony tą swoją (a może i głównie naleciałą) ale jednak codzienną, stołeczno – kiełbasiano – historyczną wonią. To nawet nie smród, to jakiś taki kapuściano – kiszony zapach z włoskich butów za dwie robotnicze pensje. Czasem widzę ją jak ojczyznę. Niby dobra ta kiełbasa ale jakaś taka przytłusta, mało śląska i czasem za bardzo zjełczała. Nic nie poradzę, z poczuciem wstydu chyba kocham to miasto, no bo jakże nie kochać czegoś tak prawdziwie i beznadziejnie szczerego? Taka fabryka upadku i postapokaliptycznych, na poły feniksowych miotań w samym środku Europy – bardzo mi to odpowiada i bardzo mi z tym ok, choć cała reszta kraju mnie przez tą moją stołeczność nienawidzi. Jak dostać po mordzie to tylko w Warszawie (chociaż w sumie po co po mordzie dostawiać – można by napisać „jak nie dostać po mordzie to tylko w Warszawie”), jak odebrać kwit z wypłatą to też w sumie nigdzie poza. Jak się pogubić i odkryć na nowo – nie może być gdzie indziej (no dobra – jasne, że może ale wiadomo, tu to jak we Lwowie czy innej Moskwie, bilet specyficznej jakości). Odrębnym tematem oczywiście są tzw. Warszawiacy (no i tu będzie cała plejada narażeń i podpadnięć ale co zrobić, pisanie nie śniadanie, nie zwymitujem, zagryziem, zapijem). Najbardziej wkurwiają z reguły Warszawiacy podwarszawscy (do Radomia i innych Łomżo – Ostrołęk włącznie). Choć nawet kłóciłbym się czy tu do końca chodzi o pochodzenie czy o ten przaśny glif wdrukowany w potylicę. Ci z Łodzi są wkurwiający lekko (bo Łódź to w sumie taka Warszawa z innego wymiaru – zbyt zaściankowa by być królową balu, a jednocześnie zbyt wyniosła by stać w drugim szeregu). Warszawiacy ze Śląska są absolutnie niewarszawscy (no chyba, że mowa o tych z przyległego Zagłębia – Ci są tak warszawscy, że aż się sam dziwie jak tak można). Ci ze Śląska Dolnego i obszarów Podgórskich (w co jakimś cudem pozwalam sobie wliczać wszelakie Mazury, Suwałki i inne końce świata) są bardziej wyluzowani (w sumie tak samo jak Ci z Podkarpacia i Białegostoku, że już o Bieszczadach nie wspomnę – ale kto tam z Bieszczad do Warszawy, tu to raczej odwrotnie strumyk płynie). Ci z Trójmiasta i Poznania to już w ogóle mają całą Warszawę głęboko w dupie czym oczywiście budzą zrozumiałą „sympatię” tubylców. Oczywiście wszystko to o kant dupy potłuc bo i tak znajdzie się cały wór wyjątków potwierdzających regułę (no ale co mnie to w zasadzie obchodzi – ja piszę, ja wiem, ja farmazony plotę). Do tej pory nazwałbym ten tekst jabłkiem ze zbyt dużą ilością lukrowych gwoździ (uśmiechów brak, czasu na korekty też).

Mój pierwszy dzień w Warszawie? No cóż… wysiadłem sobie na dworcu bodajże Ochota, zachłysnąwszy się spaliną i niesłychaną brzydotą miasta, które prezentowało się jak najgorzej mogło w całej swej (mej) jego historii i rozciągłości. Stadion! Stadion Dziesięciolecia przykryty ormiańskim, zjełczałym kożuchem oparów, gruzowisk i brzydot. To miasto zwyczajne na mnie zwymiotowało. Przyjechałem z przyjacielską gospodarczą wizytą i już od momentu wyjścia na peron czułem jak ze swojego najwyższego piętra stolica sika mi na nogę. No tak, nie ma się co czarować, tak wówczas widziałem centrum miasta, w którym jak potem się okazało przyszło mi zamieszkać, wykształcić się i przeżyć hektolitry smutnych, wesołych i trudnych ułamków czasu. Warszawa – miasto wielu upadków i wielu narodzin (śmiesznie to brzmi ale prawda często bywa przebanalna). Jak można za nie nie dać w ryj i go nie kochać? Można? Można (miejsce na uśmiech, nie do końca szczery).

Co się zatem zmieniło, że z tego pokracznie na pierwszy rzut oka odrzucającego urbanistyczno – mentalnego tworu udało mi sie wyłowić (o zgrozo) piękno? Nie pytaj. Przyjedź, zamieszkaj, pocierp, zrozum. Zacząć rozumienie można od pokopania w archeologicznym ogródku pt. przedwojenna stolica. Potem można odcedzając ludzi z warszawki od ludzi z Warszawy pojechać na wschodni brzeg Wisły i odbyć kilka ciekawych wódczano – piwnych rozmów. Można też pojechać w nocy w ostatnim wagonie pociągu z dworca Powiśle do Żyrardowa i zostać prawie wyrzuconym z kolejowego składu przez bardzo niebanalnych bandytów. Można w tym samym pociągu dostać kosę i zupełną obojętność. Można też zostać bohaterem, którego nikt nie chce w swoim pobliżu widzieć. Można też zwyczajnie ożenić się z kimś wobec tematu zupełnie obojętnym i na tę jego obojętność zareagować swoim zaciekawieniem. Co tu dużo mówić – wiele potu, soli i łez by trzeba ale Warszawa nam i tak przy okazji przez te ostatnie dziesięć lat zauważalnie wypiękniała (nawet w tym czysto obiektywnym, zupełnie niezaangażowanym znaczeniu). I dziś gdyby ktoś taki niby-ja, na tej Ochocie z pociągu wysiadł to został by co najwyżej oblany stołecznym – mocnym, o żadnym sikaniu w każdym bądź razie nie ma już mowy. Tu można by zakończyć ten mocno utytłany wywód o stolicy gdyby nie to, że właśnie przypomniał mi się jeszcze jeden gatunek Warszawiaka. Warszawiak okopany na swoich pozycjach. Taki co to buduje zasieki wokół miasta i strzela to tych nomadów z całej Polski, którzy to chcą mu jego kochane gniazdo najechać, rozkopać, pokalać i nie zważając na cokolwiek zburaczyć. Sam okopany też niezłym jest prawdziwkiem o całkiem buraczanym posmaku, no ale nie mieszajmy drodzy państwo smaku warzyw pastewnych z szlachetnym smakiem stołecznego buraczka w mlecznym za ćwierć paczki najtańszych papierosów (to jednak nie ta sama para kaloszy). Paradoksalnie z Warszawiakami okopanymi mam najwięcej wspólnego i najsympatyczniej mi się z nimi rozmawia. No może by się znalazł lub znalazła jeszcze jakaś zestołeczniona Łódź czy inny Łowicz, z którymi też konie można by kraść. No ale co zrobić – wymazać ich nie można, zakłamać nie wypada. Rozpieprzyć tak misternie uknutą teorię też było by szkoda. Uznajmy po prostu, że książkowe wywody nie zawsze pasują do rzeczywistości i jak to mówili w niejednej podziemnej drukarni „Pisz Lucek pisz, papier wszystko przyjmie”. To mówiąc odszedł od maszyny do pisania, zgasił papierosa marki „nawet armeńscy robotnicy nie palą takich gówien” i wrócił do garnka z ukraińskim barszczem (i brak uśmiechów, nawet tych wymuszonych).