Archiwum z listopad, 2008

Rodział II – brawo synek!

listopad 6, 2008

Przyzwyczaiłem się już do tego, że nie można sobie pozwolić na szczerość, właściwie gdzie się człowiek nie obejrzy tam czyha jakiś demaskator, który Cię oskalpuje z resztek prywatności. Popatrz teraz jaki jesteś śmieszny – może tak samo jak wówczas gdy byłeś zażenowany największym stołówkowym zażenowaniem swojego życia? Zupa mleczna, albo łazanki. Siedziały tam i wrzeszczały “no podejdź tu mały gwałcicielu”, a ja nie podszedłem. I to nawet nie dlatego, że miałem 10 lat i nie byłem gwałcicielem, pewnie bardziej dlatego, że mnie to po prosu przerażało (to takie przerażenie, które potem przeistacza się w długoletnie zażenowanie nawracające po dniach, miesiącach, latach – napadające skokowo i z niecka). Strach towarzyszył mi prawie zawsze i chyba wiem… Wiem ale nie chcę wiedzieć, pewne rzeczy są nacechowane mocnym, zaplanowanym niechceniem  (kozetka, oklaski, godne politowania spojrzenia)…

Słońce, beton i zapach ciasta (ale, że beton… kurwa). Na dworze komuna, a w sercu spokój. Fabryki, beton, zapachy, słońce, pochody i zło dookoła, i spokój. Chcę czasem uciekać do tego spokoju ale już się nie mieszczę, już nie pasuję. Już nie mogę się wcisnąć w ten mały, śmieszny garnitur od pierwszej komunii świętej. Czasem bym chciał, ale na chwilę tak, nie za długo. Czasem tam schodzę we śnie. Osuwam się do tej mitycznej niby studni jak mały kosmonauta (jak mały kryptokosmokomunista). I budzę się jakbym wrócił z dalekiej podróży. Czasem wracam kilka dni. To dziwne… ta chatka, Ci żołnierze, już któryś raz to widzę i już któryś raz nie wiem czy to się działo kiedykolwiek naprawdę. I to uczucie spokoju… dziwne, powinno być “zagrożenia”.

Podobno żeby dobrze pisać trzeba dużo czytać, podobno trzeba bardziej czytać niż słuchać radia, podobno bardziej słuchać radia niż oglądać telewizję, podobno bardziej oglądać telewizję niż przeglądać internet (choć tutaj już nie mam takiej pewności). Podobno. A nie podobno? A nie podobno to trzeba myśleć, tak myślę (ja pierdolę) – na swojej głowie, nieobciętej nożyczkami, nieposkręcanej gumo-szlauchami, nie rozwiewanej powiewem spalin i dolnośląskich fabryk (nie synek, nie imputuj sobie). Podobno jest piętno. A to już nawet nie podobno. Widziałem ten las, tą wycinkę. Bawiłem się tam jak byłem mały. Tak, durniu – teraz się możesz cieszyć, bo zgadłeś i odnalazłeś w śniegu kluczyk. A mnie tam bardziej interesują grzyby. No może jeszcze łąki. Zalane wodą łąki, aż po horyzont. Jak pięciolatek biega po podmokłych łąkach ciągnących się po horyzont to nie zastanawia się co jest tam dalej. To bardzo dziwne… ja się zastanawiałem. Zawsze się zastanawiałem i doskonale to pamiętam. W sposób dziwaczny można by rzecz. W sposób niezdrowy. Pamiętam jak Ania Ż. ściągnęła w żłobku okulary. Właściwie głównie dlatego ją pamiętam. A może tylko dlatego? Przyznam, że był to dla mnie spory żłobkowy szok gdy okazało się, że pod tymi denkami od słoików znajdują się takie ładne oczy. Pamiętam też jak uświadomiłem sobie, że obrócona w Twoją stronę głowa nie znaczy, że ktoś na Ciebie patrzy. Odkryłem, że ważne są oczy. Potem korzystałem z tej elitarnej, tajemnej wiedzy wobec dzieci, które jeszcze tego nie wiedziały. Z premedytacją okręcałem głowę i patrzyłem gdzie indziej… miałem przewagę (brawo synek!).

Jest kilka takich przebudzeń, takich dotyków z zaświatów. Gdy miałem lat może z siedem, może sześć wracaliśmy skądś autobusem, a mnie nadal wydawało się, w tym moim pępkoświatłym patrzeniu że jestem królewiczem z bajki pt.  “królewicz i dodatki”… wracając do zadymionego domu z nosem przyklejonym do szyby udało mi się tępo zagapić. Patrzyłem tak jak dziecko-słońce spogląda na świat w kalejdoskopowy sposób obracający się dookoła jego głowy, patrzyłem do pewnego momentu. W momencie tym zauważyłem ten zakichany samochód, tego dużego (chyba)zielono-nijakiego fiata, w którym siedział podobny chłopiec. Tak, też miał nos przyklejony do szyby… chwileczkę. To on odjechał, czy to ja odjechałem? Długo jeszcze o tym myślałem, chwilę mi jednak zajęło zdegradowanie się do roli pojedynczego elementu – punktu na niebie, zapałki w szeregu pełnym galaktyk. Myślę, że wtedy przestałem być dzieckiem. A potem wysiedliśmy z autobusu i czułem tylko zapach huty. I żadnych, absolutnie żadnych zapachów ciasta (a szkoda synek).

Już nie pamiętam o co dokładnie chodziło z tym wożeniem mnie do babci na wieś. Chyba o to, że mama studiowała, a ja stałem na przeszkodzie… (no synek – teraz toś kurwa, przesadził). W każdym bądź razie jeździłem tam z ochotą. No dobra, będe szczery – to była najbardziej magiczna wieś jaką znałem. Był wykop, dżem, chleb ze śmietaną i cukrem, strzelanie z łuku, pagórki, lasy, brak samochodów, brak cywilizacji, brak zmartwień, jura, dziecięce marzenia, pagórki, magiczne miejsca. A na horyzoncie… o tak proszę Państwa – huta! Ale jaka huta! Największa w Europie, najbardziej wystrzelona w kosmos, najbardziej wieżobablowa budowla socjalizmu. To było dopiero… A jakie lasy wokół tej huty, hu, hu, a jakie przygody… tak duże, że to materiał na całkiem odzielny rodział (i tak ma być, i brawo synek).